Mój koszyk 0

Romans biurkowy, czyli 99 dni z życia korporacji

  • Urbanek Mariusz
  • Ilość stron: 338
  • Oprawa: miękka
  • Format: 135 x 215
  • ISBN: 978-83-88607-94-3
  • Data wydania: 2010

Opis

Akcja „Romansu biurkowego...” toczy się w ciągu jednego roku w oddziale istniejącego w wirtualnej rzeczywistości banku, do złudzenia przypominającego biuro z historyjek Scotta Adamsa o Dilbercie, w którym pracę znalazł dorosły już Mikołajek z opowieści Sempé i Goscinnego.
Teksty publikowane były przez pięć lat w intranecie Banku Zachodniego WBK. Kiedy wiosną 2009 roku kryzys spowodował, że przestały się ukazywać, jedna z pracownic banku wysłała autorowi e-mail: :No, niestety, tego się właśnie obawiałam, że po kawie, herbacie, wodzie z dystrybutora, dofinansowanym kursie języka angielskiego itd... obetną także Pana felietony. Wielka szkoda L. (...) bo dla mnie jest to większa strata niż kawa, herbata, itd.”

Recenzje

gazeta_wyborcza.gif

Gazeta Wyborcza Wrocław 7/06/2010

Ta lektura odziera ze złudzeń (jeśli ktokolwiek pozostał na tyle naiwny, że jeszcze je ma): w pracy nie czekają nas wielkie kariery, wysokie premie i szacunek przełożonych. Żeby przetrwać, musimy stać się naiwni i bezradni jak dzieci. W tym przypadku – dzieci opisywanej korporacji, niepodzielnie rządzonej przez Prezesa. Z książki Urbanka nie dowiemy się, jak skutecznie prosić o podwyżkę, zostać Billem Gatesem czy nie zwariować po urlopie, choć takie pytania w niej padają. Zrozumiemy za to, że prawda zawarta w carskim ukazie, który mówi, że podwładny przed obliczem przełożonego powinien mieć wygląd lichy i durnowaty, tak aby swoim pojmowaniem istoty rzeczy przełożonego nie peszył, jest wciąż aktualna. Zwłaszcza w korporacjach.
Mariusz Urbanek publikował „Romans biurkowy” przez cztery lata w internecie jednego z wrocławskich banków, dopóki kryzys nie sprawił, że felietony zniknęły, obcięte wraz z kawą, herbatą, wodą z dystrybutora i dofinansowanym kursem angielskiego. Teraz wracają zebrane w książce. Dowcipne sceny z życia biurkowego ujawniają komediowy potencjał, który znakomicie sprawdziłby się w telewizyjnym serial. Za oglądalność mogę zaręczyć. Bo choć akcja rozgrywa się w banku, to zasady, jakie rządzą, są uniwersalne i czytelne dla wszystkich korporacyjnych niewolników.

Magda Piekarska

polityka.gif

Dotychczasowe rodzime próby opisu życia w korporacji kończyły się albo poradnikami w stylu „jak przeżyć kąpiel w basenie pełnym wygłodniałych rekinów”, albo przestrogami w typie „Zwału” Sławomira Shutego. Brakowało spojrzenia ironicznego, punktującego absurdy, obśmiewającego innowacyjne pomysły szefów, rewolucyjne zarządzenia zarządów, delegacje z centrali, spotkania integracyjne, niezapominającego o umiejętności maskujących szeregowych pracowników. Słowem – polskiej wersji popularnego „Dilberta”. Tę lukę wypełnia „Romans biurkowy, czyli 99 dni z życia korporacji” Mariusza Urbanka. Znany dziennikarz i pisarz (autor m.in. głośnej biografii „Waldorff. Ostatni baron Peerelu”) wziął pod lupę wirtualny bank, z jego biurową menażerią: panią Jadzią w minispódniczkach Miu Miu, panem Krzysztofem – macho z działu prasowego, panem Leszkiem, który zaczynał pracę w Peerelu i widzi wiele podobieństw między poprzednim ustrojem a dzisiejszą korporacją, czy panem Julianem – maklerem giełdowym, według którego giełda jest lepsza niż seks. Wspólnymi siłami walczą, aby wilk (szef, zarząd, centrala) był syty i owca (pracownicy) cała, a klienci niczego nie zauważyli. Inteligentna rozrywka.

Aneta Kyzioł

angora.gif

Gogol w banku
Pan Leszek pracował w sektorze bankowym już w latach, gdy Polska była dziesiątą potęgą świata, a w pani Jadzi z sekretariatu prezesa kochają się wszyscy mężczyźni w firmie. Pani Zofia z działu klientów instytucjonalnych wie zaś wszystko o życiu prywatnym Dody, a na pana Piotra z działu marketingu zawsze patrzy prezes, który ogłasza jakiś pomysł. A szef pomysłami sypie jak z rękawa, bo inspiracje czerpie z prasy, poradników dla menedżerów oraz z centrali. Poza tym załoga codziennie ma na każdy temat coś do powiedzenia i świetnie bawi się na imprezach integracyjnych, bo pracować w korporacji to tak, jakby żyć w jednej rodzinie. I o tym są opowiastki – felietony Urbanka. Odnoszą się do rzeczywistości w oddziale pewnego banku, ale dotyczą przecież każdego miejsca, gdzie szef udaje mądrzejszego od swoich podwładnych, a pracownicy, że są głupsi od prezesa. Najmądrzejszy jest jednak zawsze Szef Wszystkich Szefów w centrali.
Autor przez kilka lat tworzył swój wirtualny biurowy świat na stronie internetowej jednego z banków. Kiedy zaczęły się budżetowe cięcia i teksty zniknęły, jedna z pracownic napisała autorowi e-maila: „No, niestety, tego się właśnie obawiałam, że po kawie, herbacie, wodzie z dystrybutora, dofinansowanym kursie języka angielskiego itd... obetną też Pana felietony. Wielka szkoda, bo dla mnie jest to większa strata niż kawa, herbata itd.”. Było prawie jak z Gogola, bo z kogo śmiali się pracownicy banku, czytając Urbanka?
Jacek Binkowski
gazeta_wyborcza.gif

STRASZNA KORPORACJA ŚMIESZNA
[...] Nie przez przypadek przywołałem powieść nowohuckiego autora. Podobnie jak w „Zwale” rzecz tyczy lokalnego oddziału „wiodącego banku”. Tyle że jeśli chodzi o konwencję, książce Urbanka zdecydowanie bliżej niż do powieści Sławomira Shuty jest do popularnej serii komiksów o Dilbercie autorstwa Scotta Adamsa. I chodzi nie tylko o to, że tekstowi Urbanka towarzyszą zabawne rysunki Rafała Zawistowskiego, ale też o podobne jak u Amerykanina podejście do tematu absurdalno-ironiczne.
[...] Trwa zabawa ze stereotypami. Prezes to człowiek ograniczony, który dba głównie o to, żeby nie podpaść przełożonym w centrali, większość pracowników oddziału stosuje w praktyce zasadę „jak się nie narobić, a zarobić”, mężczyźni myślą głównie o piwie i biuście pani Jadzi, kobiety zaś o doprowadzeniu wybranka do ołtarza. Jednak w przyjętej przez Urbanka stylistyce ta stereotypowość nie przeszkadza, przede wszystkim dlatego, że autor ma niebanalne poczucie humoru. A w końcu – jak sądzę – nie zamierzał tworzyć książki demaskatorskiej, obnażającej mechanizmy korporacji, lecz jedynie zafundować czytelnikom odrobinę rozrywki. Nie koniecznie wyłącznie tym, którzy maja bądź mieli do czynienia z korporacyjnymi klientami.
I tylko jedna rzecz mnie niepokoi: to książka sporych rozmiarów, więc trudno będzie ją czytać ukradkiem w godzinach pracy, tak aby szef nie zauważył.
Robert Ostaszewski

Więcej z kategorii